Słoneczny poranek o zapachu świeżo skoszonej trawy przywitał kilkudziesięciu mieszkańców wioski pod Krakowem. Słońce stało wysoko, gdy Mariusz Gołąb, który wypoczywał w domu u ciotki na wzgórzu, przechadzał się pomiędzy domami. Zapisywał w pamięci wszystkie szczegóły. Pod numerem 10 gospodyni gotuje rosół, a pod 12 pomidorową. Zapachy mieszały się w powietrzu drażniąc przybyszowi nos. Psy leniwie leżały w cieniu swoich bud i za nic w świecie nie myślały zaszczekać. Jedynie rudy kundel spod 12 lekko pomachał ogonem, wzbijając suchy piach w powietrze. Mariusz spacerował, rozglądał się uważnie i chłonął do siebie leniwe życie wioski. Teraz tego potrzebował, wyciszyć zmysły. Praca oficera śledczego była wyczerpująca i od dawna nie przespał całej nocy. Ciskał jaśka w kąt pokoju, a wtedy tylko podświetlany globus koił jego zmysły i rozpraszał mrok.

Wróćmy jednak do sierpniowego dnia, w którym Mariusz Gołąb spaceruje po wsi. Gdy zbliżył się do domu z numerem trzynaście poczuł, jakby mrówki przebiegły mu po plecach. Przyspieszone tętno i mała rosa na czole dały znak, że COŚ jest blisko. Zza rogu domu zobaczył łopoczące białe pranie. Wiatr przyniósł zapach świeżej pościeli i na chwilę zamknął oczy. Wrócił myślami do dzieciństwa, kiedy ten zapach tulił go do snu. W powietrzu jednak wyczuwał inną nutę, która wzbudziła niepokój. Otworzył oczy i pospiesznie ruszył w stronę sznurków z praniem. Odsunął rozwieszone prześcieradło i ujrzał czerwone maźnięcia na pościeli. Już wiedział. To był zapach krwi. Rozrzucone klamerki wskazały mu drogę. Z wysokiej trawy wystawały bose stopy, a obok znajdowały się niebieskie klapki. Kobiece ciało leżało nieruchomo. Przeraziła go blada skóra zadbanej blondynki i wbity w szyję wisiorek w kształcie błyskawicy. Jej biały T-shirt z napisem Kocham Wrocław wchłonął krew, która zastygła w dziwnych wzorach.

Zanim Mariusz zadzwonił na policję rozejrzał się wokoło. Pod domem na stoliku w białej porcelanowej filiżance stała niewypita kawa. Wiatr próbował wyrwać kartkę pachnącej papeterii, którą przytrzymywał talerzyk. W papierze było wsunięte czarno-białe zdjęcie Pałacu Kultury. Na fotografii odbijał się błękitny odręczny dopisek „Jesteś moja! Na zawsze!”

– Czy ta kartka ma związek z morderstwem? – zastanawiał się na głos detektyw, po czym wyciągnął z kieszeni krótkich bojówek smartfon i zadzwonił na 112.

***

Świst hamulców i warkot policyjnego daewoo tico przywrócił Mariusza do rzeczywistości. Z radiowozu wytoczył się kierowca, który niezgrabnie dopiął ostatni guzik w mundurze. Pogładził baniasty brzuch, kiedy wciskał koszulę do spodni.

– Sierżant Nowak! – wykrzyknął w stronę Mariusza i haftowaną chustką przetarł czoło.

– Oficer śledczy Mariusz Gołąb.

– I co my tu mamy?! – Sierżant podparł się pod boki, kiedy przyglądał się denatce. – Żeby nie zadeptać śladów, żeby nie zadeptać śladów – mamrotał po czym założył gumowe rękawice, w których pulchne kciuki wyskoczyły na zewnątrz.

– Niestety kryminalni dojadą za kilka godzin, także ten, no, muszę zabezpieczyć tyle śladów, ile się da. – Dumny z siebie sierżant cmokał co chwilę, jakby dodawał sobie profesjonalizmu. Mariusz przewrócił oczami.

– Sierżancie, proszę od razu przygotować notatki, a potem razem zabezpieczymy ślady.

Sierżant (o dziwo!) wyciągnął z kieszenie spodni zaostrzony chiński ołówek zakończony złotą blaszką i różową gumką. W niewielkim notesie opakowanym w czarną okładkę nagryzmolił kilka zdań i szkiców. Potem z radiowozu przyniósł pęsetę oraz przezroczyste woreczki. Powędrowały do nich w pierwszej kolejności klamerki, klapki oraz kartka ze zdjęciem. Oczywiście filiżanka ze spodkiem również. Sierżant wykonał jeszcze rysunek ułożenia ciała z zaznaczonym narzędziem zbrodni, po czym naszyjnik zamknął szczelnie w woreczku. Zniecierpliwiony Mariusz spojrzał na nadgarstek, na którym jego urodzinowy czarny casio odmierzał godziny. „Jeszcze chwila” pomyślał dreptając w miejscu.

– Sierżancie, wejdźmy do domu. Może tam coś znajdziemy.

W środku nie było bałaganu, nie było luksusu, który mógł świadczyć o rabunkowym charakterze zbrodni. Na stole w niewielkiej kuchni z emaliowanej miski oślizgła ryba wlepiała gały w gości. Wyglądało na to, że dla gospodyni dzień zaczął się zwyczajnie: pranie, kawa, przygotowania do obiadu. W salonie obok kuchni rozsuwana kanapa nie nosiła już śladów nocy.

– Sierżancie, sprawdzę jeszcze łazienkę – powiedział detektyw. Nieliczne kosmetyki nie zdradzały obecności innej osoby. Pończochy w kolorze opalonego ciała suszyły się nad wanną rozwieszone na odrapanym metalowym uchwycie do miski. Całe pomieszczenie wypełniał zapach Dosi. Mariusz już chciał wyjść z łazienki, kiedy zobaczył swoje odbicie w lustrze, które pamiętało szary PRL. Detektyw dziś wyglądał na starszego. Był przygarbiony, a na jego twarzy pojawił się kilkudniowy zarost. Spojrzał jeszcze w dół i w sitku umywalki zobaczył mokrą plątaninę ciemnych włosów. Chwycił je w dwa palce i zawołał sierżanta.